W ogrodach dzieciństwa

 

Mała, może trzyletnia dziewczynka rezolutnie gramoli się na swój trzykołowy, zielony rowerek i rusza przez amfiladę pomieszczeń. Można poszaleć. Nikt nie krzyczy na rozbrykane dziecko. Babcia, zasiadając z gospodynią domu do filiżanki herbaty, mruczy od niechcenia:

- Niczego nie dotykaj.

Dobre sobie! W tym tajemniczym domu? Z perspektywy dziecka to czarodziejska wyspa, pełna przedmiotów o dziwnych kształtach i nieznanym przeznaczeniu. Ściany pokrywają ciemne boazerie, z sufitu straszy ciężkie belkowanie. A kuchnia... dopiero rozbudza wyobraźnię: długa, zastawiona półkami i szafkami, na których stoją kruche, porcelanowe filiżanki, szkliwione kobaltowo, wewnątrz złote. Obok pyszni się chiński czajniczek z wiklinową rączką (jak się do niego zajrzy, widać zarysy stojącego obok kredensu - taka to delikatna porcelana). Pod oknem stoi mosiężna waga, za nią zestaw białozłotych porcelanowych odważników. Szuflady w szafkach pełne są maleńkich widelczyków i noży o rękojeściach z masy perłowej. I jeszcze ta biała, schludna makatka przy wejściu do kuchni; niebieskie litery haftu są jakieś dziwne, do niczego niepodobne.

"Na co dorosłym takie zabawkowe małe rzeczy" - zastanawia się dziewczynka. Na pewno ciekawie tu, intrygująco dla dzieci. A dla dorosłych nareszcie spokojnie, bezpiecznie. Skończyła się wojenna tułaczka. Za oknami kwitną kasztany. Do Parku -rzut beretem. Na warzywnym rynku przy ulicy Polanki - małomiasteczkowa atmosferka. Po kilku latach wszyscy się znają: autochtonki z Kwietnej i Cystersów, zabużanki z Polanek, Kasprowicza, Drożyny. Dobrze tu wychowywać małe ciekawskie dziewczynki. Można zabrać rozbrykane wnuki na spacer na łąki "za krzyżem", za starą leśniczówką z głową łosia. Niech się wyhasają na pokrytych bukowym lasem wzgórzach. Dobrze tu żyć.

Kiedyś, już będąc uczennicą, dziewczynka z opowiadania dowiedziała się, że tajemniczy dom to oliwska willa, która ocalała z wojny wraz ze swoim oryginalnym wyposażeniem. Tylko dawni właściciele gdzieś przepadli, uciekli jak stali, pozostawiając gotykiem haftowane makatki, schludną kuchnię, obrazy w ciemnych ramach i pięknie utrzymany ogród. Nowa gospodyni domu to zabużańska "kuma" babci rodem z Baranowicz, która na Kresach zostawiła swój dom

* * *

Pewnie już się Państwo domyślili, że owa mała dziewczynka to ja, czterdzieści parę lat temu. Przytaczam swoje najwcześniejsze wspomnienia tak, jak buduje się świat małego dziecka - z okruchów, oderwanych kawałków. Trzeba czasu, by ten pokawałkowany dziecięcy świat ogarnąć, umieścić na szerszym tle, wreszcie zrozumieć. Moim najważniejszym światem była Stara Oliwa, gdzie znam do dzisiaj każdą mijaną twarz, każdy kamień.

Po przeczytaniu Hannemana Stefana Chwina, pomyślałam: jak to dobrze, że autor obdarzony malarskim talentem wykonał za mnie obowiązek odmalowania rzeczywistości mojego dzieciństwa. Temu światu należało się upamiętnienie. Wychowałam się na ulicy Grottgera, w sercu Starej Oliwy. Otoczenie jest bardzo sielankowe, staroświeckie, a mimo to pociągające również dla młodzieży. Dawna zabudowa ma w sobie coś magicznego.

Stare, historyczne, dobrze zachowane dzielnice to atuty wielu europejskich miast. W takich miejscach toczy się życie kulturalne, bawi się bohema, odwiedzają je turyści. U nas liczy się tylko gdańskie Główne Miasto, a potem długo, długo nic. W Oliwie - tylko Katedra, odarta ze swego historycznego otoczenia, ponieważ barokowego Parku już się turystom nie pokazuje. Jako dziecko przychodziłam tu z babcią i rodzicami na spacery. W swoim dziecięcym albumie najwięcej mam zdjęć właśnie z Parku. W zaniedbanym ogrodzie botanicznym rosną drzewa, które były świadkami wielu rodzinnych wydarzeń. Ale nie ma już gdzie napić się kawy czy skorzystać z toalety. Park to niewykorzystana atrakcja mojej dzielnicy.

Aż się prosi, by powrócić do przedwojennej tradycji biesiadowania wśród ogrodów Starej Oliwy. To taki ciepły, magiczny grajdołek. Lokalny rynek nadal jest miejscem wydarzeń zarówno towarzyskich, jak i handlowych. Sprzedawcy w sklepach i przekupnie na straganach mają twarze i imiona. Handluje się tym, co wyrosło w przydomowym ogródku i w lesie. Stylistyka zabudowy jest znacznie ciekawsza niż nowoczesne, poprawne osiedla. Poza tym, w Oliwie nie brakuje atrakcji krajobrazowych, które absorbują przypadkowe architektoniczne ekstrawagancje.

Być może tułacze doświadczenia moich przodków wywołały potrzebę osadzenia w przestrzeni. Będąc dzieckiem, bardzo boleśnie odczuwałam ów brak zakorzenienia w tym jedynym świecie, jaki był mi znany. Odczuwałam to namacalnie przed dniem Wszystkich Świętych. Tuż przed końcem października na małym cmentarzu za Parkiem Oliwskim zaczynał się gorączkowy ruch: sprzątano liście z nagrobków, dekorowano je chryzantemami i wiankami z szarego mchu. Bardzo lubiłam ten cmentarz jako jeszcze jedno intrygujące miejsce spacerów z moim tatą. Na wyniosłych bazaltowych nagrobkach widniały złote gotyckie napisy. A gdzieniegdzie stały tajemnicze złamane pieńki z piaskowca, oplecione metalowymi gałązkami bluszczu. Było pięknie, tajemniczo i tylko... na żadnym z nagrobków nie widniały nazwiska moich bliskich. Zapalaliśmy świeczki na zaniedbanych, opuszczonych grobach. Moi antenaci spoczywali gdzieś daleko, na kresowych cmentarzach.

Jednak nadeszły lata, w których moi najbliżsi spoczęli na oliwskim cmentarzu. Teraz moje korzenie tkwią tu głęboko, najgłębiej. Pochowałam bowiem także swą wrażliwą, ukochaną córkę Anię, dla której, jak dla mnie, Oliwa była miejscem magicznym, gdzie wraca się z najdalszej podróży. Na zawsze.

 

Grażyna Chowańska-Kasprowicz