Zanim spadną głowy!

 

Programy wyborcze kandydatów na radnych powstają zwykle na krótko przed wyborami, co sprawia, że pełne są obietnic bez pokrycia. Tymczasem rzeczywistych problemów nie rozwiążą piękne słówka, obliczone na doraźne zdobywanie elektoratu.

W minionych 4 latach styl działania większości gdańskich radnych, w tym większości radnych oliwskich, był taki, jak w powiedzeniu: "każdy sobie rzepkę skrobie". Wynikało to z podziałów politycznych. Z nieumiejętności łączenia sił wówczas, gdy sprawy światopoglądowe powinny być odsuwane na dalszy plan.

Czas wreszcie porzucić ową zgubną praktykę. Radni muszą być okresowo rozliczani z tego, co obiecywali przed wyborami. A także z tego, czy współdziałają ramię w ramię na rzecz swojej "małej ojczyzny" - dzielnicy, z której zdobyli mandat! W sprawach najistotniejszych lewicowiec musi popierać prawicowca, a ligowiec - platformistę. I na odwrót. Bo w jedności siła!

Mieszkańcy każdej dzielnicy powinni znać swoich przedstawicieli do Rady Miasta nie tylko z plakatów przedwyborczych, ale również ze spotkań organizowanych w czasie trwania kadencji. Przynajmniej raz na kwartał. Tylko wówczas można rozliczać radnych za ich aktywność (bądź brak aktywności). A dobre prawo każdej dzielnicy w tym, żeby oczekiwać dbałości przede wszystkim o jej lokalne interesy. Wiadomo, że nieobecni (co oznacza również zbyt ugodowych czy mało zainteresowanych) nie mają racji.

 

Mechaniczny topór

 

Wiosną 2002 roku - dokładnie w 210. rocznicę wprowadzenia do użytku (w Paryżu) gilotyny - dwoje gdańskich działaczy społecznych, Joanna Małachowska i Waldemar Banasik, rzuciło ideę spotkań mieszkańców Oliwy z władzami samorządowymi Gdańska i województwa pomorskiego. Cykl ten otrzymał nazwę Gilotyna Oliwska - choćby ze względu na towarzyszący spotkaniom rekwizyt w postaci makiety mechanicznego topora.
Między 22 lipca a 4 października 2002 r. odbyło się 15 Gilotyn, podczas których wystąpili: radni (w tym czworo spośród ośmiu oliwskich), członkowie Zarządu Miasta Gdańska i czterej aktualni kandydaci na prezydenta Gdańska.

Już po kilku spotkaniach okazało się, że oliwska inicjatywa to rodzaj szkoleń zarówno dla gilotynowanych, jak i dla gilotynujących. Z wypowiedzi niektórych radnych można było wnioskować o ich działaniach pozornych, polegających głównie na tworzeniu dobrego wrażenia przy rzekomej pracy społecznikowskiej.

Publiczność wszakże uczyła się prawdy, że w warunkach polskich często trzeba naprawdę wiele administracyjnego trudu, by słowo stało się ciałem. Bo nie od razu Oliwę zbudowano.

 

Parasol

 

Organizowanie spotkań w ramach Gilotyny niosło ze sobą również sytuacje anegdotyczne. Na przykład pewien radny zastrzegał się w trakcie wstępnej rozmowy telefonicznej z W. Banasikiem: "Proszę pamiętać, że rewolucja zjada własne dzieci, więc jeśli ja zostanę zgilotynowany, to i panu może się to przytrafić". Banasik odpowiedział, że oboje z Małachowską nie są dziećmi rewolucji (dlatego nie startują w wyborach), lecz jedynie czynnymi kibicami... ewolucji.

Jedna z radnych zadbała o przekształcenie swego wystąpienia w spotkanie przedwyborcze, drobiazgowo dopracowując jego inscenizację. Odpowiedni ludzie kolejno wygłaszali panegiryki pod jej adresem. Był ksiądz, któremu kiedyś pomogła. Był inwalida. Było dziecko z kwiatami.
Jeden z kandydatów na prezydenta Gdańska dyskretnie poprosił, by mu przygotować duży parasol - do ewentualnej ochrony przed zgniłymi jajami albo pomidorami. Mimo więc wspaniałej letniej pogody, duży parasol leżał przez cały czas u stóp owego polityka. Ale nie musiał być użyty.

 

Pierwsze koty...

 

Słowo gilotyna kojarzy się z poczynaniami gwałtownymi, niemniej inicjatorzy cyklu spotkań od początku widzieli pod tym symbolem wyłącznie radykalne, bezkompromisowe dyskusje - z drążeniem zaniedbanych tematów.

Gdy Małachowska i Banasik zaczęli telefonować do potencjalnych pierwszych gości Gilotyny, spotykali się na początku z niechęcią czy nawet z przerażeniem. Dopiero po szerszym objaśnieniu idei następowało odblokowanie po drugiej stronie słuchawki. Zresztą, skoro wielu dotychczasowych radnych podjęło decyzję o powtórnym startowaniu w wyborach, nie mogli odmówić przyjścia, bo to równałoby się strzeleniu samobójczej bramki.

Pierwszym, który położył głowę pod Gilotynę, był radny oliwski Piotr Woźniak. Jednak najlepiej spośród oliwskich radnych wypadł Sylwester Pruś - klarowny umysł z silną motywacją społecznikowską. Spośród innych nietuzinkowych gości-radnych można wymienić Aleksandra Żubrysa.

 

Inne nazwiska

 

Wśród tych, którzy zdecydowali się wejść na szafot, nie zabrakło również prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (dostał ostre cięgi, ale bronił się dzielnie) oraz wiceprezydentów Adama Landowskiego i Ryszarda Grudy.

Z nowo startujących kandydatów na prezydenta miasta pojawili się Jacek Kurski, Grzegorz Strzelczyk i Bogdan Borusewicz. Usilnie zapraszany Marek Formela nie zdołał - z powodu wyjazdu - sprostać terminowi zaproponowanemu przez organizatorów.

Jednym z najbardziej interesujących i znaczących regionalnych samorządowców, którzy odwiedzili Gilotynę, był Grzegorz Grzelak - ówczesny przewodniczący Sejmiku Województwa Pomorskiego. Jego wystąpienie stało się czymś na kształt wykładu o powinnościach urzędnika w służbie cywilnej. Pytany o pozycję województwa pomorskiego na tle reszty Polski, Grzelak stwierdził, że region pomorski jest od jakiegoś czasu marginalizowany. Obecnie główny rozwój odbywa się na południu i w pasie środkowym kraju.

Po 4 października 2002 nie było już gdzie gilotynować, mimo iż wśród chętnych do "egzekucji" znajdowali się np. marszałek i wicemarszałek województwa pomorskiego: Jan Zarębski i Jan Kozłowski.

 

Kłopoty z lokalem

 

Miejsce wszystkich "egzekucji" stanowił ciasny lokal po dawnym oliwskim kinie Delfin, udostępniany grzecznościowo - ale z coraz większym zniecierpliwieniem i domaganiem się pieniędzy - przez firmę Neptunfilm.

Oliwa nie posiada żadnej miejskiej sali imprezowej. Małachowska i Banasik od dwóch lat sugerują, by punktem ogniskującym oliwskie inicjatywy obywatelskie stał się najstarszy z tutejszych budynków świeckich - Dom Bramny. W średniowieczu obiekt należał do systemu obwarowań opactwa cystersów. Po II wojnie był użytkowany m.in. przez ROM, który obecnie znajduje się w likwidacji.

Dla wyzyskania społecznej aktywności nie istnieje lepszy sposób powoływania instytucji niż inicjatywa oddolna. Dotyczy to również zakładania filialnych domów kultury, czego przykładem niedawno otwarta, bardzo dobrze funkcjonująca placówka w Gdańsku Sobieszewie.

- Dom Bramny to właśnie znakomite miejsce na założenie oliwskiej filii Miejskiego Domu Kultury. Lub nawet czegoś o szerszym profilu, co nazwałbym Centrum Obywatelskim - podkreśla Waldemar Banasik. - Z pomysłem takim zgadzają się zarówno Krystyna Konieczny, dyrektor Wydziału Społecznego UM w Gdańsku, jak i Teresa Kuśmierska, dyrektor Miejskiego Domu Kultury na Oruni.

 

Dokument

 

Niemal równo rok temu, 16 października 2001, przedstawiciele dwunastu stowarzyszeń oliwskich wypracowali wspólne stanowisko dotyczące użytkowania Domu Bramnego i towarzyszących mu obiektów. W ostemplowanym dokumencie zawarto między innymi następujące stwierdzenie:

Naszym zdaniem, użytkownikiem Domu Bramnego powinien być jeden gospodarz, dający rękojmię sprawności organizacyjnej i żywotności gwarantującej prowadzenie szerokiej działalności odpowiadającej celom statutowym większości stowarzyszeń działających na terenie Gdańska Oliwy /.../

W dalszej części listu intencyjnego napisano o potrzebie powołania związku stowarzyszeń oliwskich z siedzibą w Domu Bramnym.

Mimo tak wyrazistej inicjatywy, która wkrótce potem zaowocowała powstaniem Ligi Oliwskiej, prezydent Paweł Adamowicz przyrzekł obiekt tylko jednemu oliwskiemu stowarzyszeniu, bynajmniej nie najbardziej energicznemu. Chodzą słuchy, że organizacja ta już prowadzi rozmowy z pewnym bankiem, a także z restauratorem chętnym do założenia pubu, co oznacza, że Dom Bramny nie będzie właściwie służył ani starym, ani młodym oliwianom.

 

Pacta conventa

 

Wnioski nasuwające się po kolejnych Gilotynach to pakiet niebagatelnych spraw dotyczących Oliwy. Załatwienie choćby części z nich w najbliższych latach pozwoliłoby uwierzyć mieszkańcom, że przy minimum dobrej woli można jednak coś zrobić dla swojej dzielnicy.
W. Banasik i J. Małachowska opracowali kilkanaście postulatów, które określili staropolsko-łacińskim terminem: pacta conventa (układy uzgodnione). Widzą w nich podstawę działań przyszłego Centrum Obywatelskiego, bez którego nie wyobrażają sobie promowania Oliwy i nagłaśniania każdego jej problemu. Począwszy od skandalu, jakim było niedawne zlikwidowanie jedynej przychodni lekarskiej!

Oliwskie pacta conventa zostaną wkrótce przedstawione nowym władzom Gdańska (a w szczególności nowym radnym oliwskim) nie tylko jako lista bolączek, lecz również jako propozycja ożywienia życia społecznego i kulturalnego dzielnicy.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć: dobrze się stało, że przez kilkadziesiąt ostatnich lat Stara Oliwa była "nieruszana" architektonicznie, bo dzięki temu nie została zdegradowana. Owszem, pozwolono jej lekko zniszczeć, ale nie zbudowano żadnych koszmarnych obiektów, które nieodwołalnie szpeciłyby krajobraz. Ten walor należy wykorzystać przy planowaniu nowego oblicza dzielnicy.

 

Ratusz Oliwski

 

Na zakończenie trzeba raz jeszcze powrócić do sprawy Domu Bramnego, który - jako Centrum Obywatelskie (czyli coś więcej niż tylko Dom Kultury) - mógłby stać się pierwszą siedzibą Ratusza Oliwskiego. Dzięki takiej siedzibie udałoby się zapewne wreszcie powołać Radę Dzielnicy, której Oliwa do tej pory nie potrafiła się dopracować.

Wśród inicjatyw proponowanych przez organizatorów Gilotyny Oliwskiej znajdują się przedsięwzięcia mogące przynieść splendor całemu miastu. Należy tu choćby pomysł corocznego Jarmarku Oliwskiego (na przełomie wiosny i lata), gdzie prezentowaliby swe dokonania rzemieślnicze goście z europejskich regionów zaprzyjaźnionych z Gdańskiem.

Walory krajobrazowe i potencjał Oliwy doceniają również trójmiejscy oraz pozatrójmiejscy artyści (np. Paweł Huelle, Maciej Zembaty, Jacek Kaczmarski), którzy deklarują swój patronat wobec przyszłych przedsięwzięć kulturalnych. Wraca tu jednak niczym bumerang sprawa odpowiedniej sali imprezowej, którą tylko doraźnie mogłoby zastępować byłe ciasne kino Delfin.

Nie wolno zmarnować potencjału, jaki ukazała Gilotyna Oliwska - robiona wszak bez żadnych dotacji (!), a tylko na zasadzie chęci ukazania energii, która drzemie w każdym z nas. A już na pewno - z definicji - w naszych reprezentantach: radnych Oliwy.

 

Zygmunt Czarnowski