Potrzebna jest świeżość działania

 

W 1989 roku społeczność Gdańska była nie tylko biernym świadkiem zmieniającej się Polski, ale brała czynny udział w kreowaniu nowej rzeczywistości. Fakt, że Gdańszczanie mogą się pochwalić niepodważalnym, a zarazem znaczącym wkładem w budowę fundamentów szeroko rozumianej demokracji, nie podlega więc wątpliwości. Nawet najbardziej jednak świadome zachodzących procesów postacie ówczesnego ruchu społecznego, nie mogły przewidzieć kierunku postępującej demokratyzacji. Wśród stawianych przez siebie celów, jednym z najważniejszych, było umożliwienie jak najszerszym masom partycypacji w tworzeniu tzw. demokracji lokalnej. Po trzynastu latach, kilka dni po kolejnych wyborach samorządowych, można się pokusić o pewne rozliczenie z realizacji tego celu na gruncie Gdańska.

Wśród wielu klasycznych teoretyków społecznych i socjologów, takich jak Spencer czy Saint- Simon pojawia się przekonanie, że o rozwoju danego systemu społecznego świadczy jego różnokierunkowa dyferencjacja. Różnorodność struktur społecznych prowadzi, ich zdaniem, do faktycznego uporządkowania danej zbiorowości. Na brak pluralizmu organizacji społecznych w Gdańsku narzekać nie można. Niemal w każdej dziedzinie odnaleźć możemy struktury zajmujące się danym problemem. Mamy więc partie i ich młodzieżowe przybudówki, mamy stowarzyszenia miłośników i związki cechowe. Od Zrzeszenia Kupców Gdańskich, poprzez liczne Kluby Myśli Politycznej oraz Gdańskie Forum Europejskie, po uświęcone tradycją Zrzeszenie Kaszubsko- Pomorskie rozwija się pełen wachlarz organizacji zapewniających możliwość realizacji poszczególnych jednostek.

Warto przy tej okazji również zwrócić uwagę, jak w obliczu następującej integracji z Unią zachowuje się spora część młodego pokolenia. Powstające w szkołach i na uczelniach liczne koła europejskie, spełniające funkcję zarówno edukacyjną, jak i adaptacyjną, są poważnym sygnałem, że przynajmniej część obywateli wyraża chęć uczestniczenia w najbardziej aktualnych procesach. Poprzez większą lub mniejszą aktywność organizacje i ruchy społeczne pragną mieć wpływ na politykę dotyczącą najbliższego otoczenia. Czy oznacza to więc, że ów wpływ posiadają? Wyniki ostatnich wyborów do Rady Miasta dowodzą czegoś zupełnie innego. W nowym samorządzie zasiądą jedynie przedstawiciele ogólnopolskich partii, nie znajdą się tam żadne ugrupowania o czysto lokalnych korzeniach. Gdzie więc zachodzi problem?

Nie istnieje jedna przyczyna takiego stanu rzeczy. Jako pierwsza nasuwa się zmiana systemu wyborczego w wyborach samorządowych. Metoda d'Hondta wydaje się być zabójcza dla inicjatyw lokalnych. Najwyraźniej politycy szczebla centralnego do tej pory nie potrafią sobie uświadomić, że działalność samorządowa to nie to samo, co tzw. wielka polityka. Poseł nie musi zajmować się kanalizacją nowych dzielnic, radny wręcz przeciwnie.

Zrzucanie całej winy na system mogłoby jednak zostać uznane jako mentalna pozostałość po dawnym ustroju. W końcu w Gdyni czy Sopocie potrafią powstać, chociaż także ze wsparciem politycznym, lokalne inicjatywy, które zwyciężają bądź odnoszą znaczący wynik w wyborach. Gdańszczanie są jednak w innej pozycji niż mieszkańcy pozostałych miast trójmiasta. Przeświadczenie o ugruntowanej pozycji naszego miasta prowadzi do mentalnej stagnacji tutejszych ruchów społecznych. Po pierwsze panuje niesłuszna opinia, że w tak dużym mieście nie mają racji bytu społeczno-polityczne ugrupowania o czysto lokalnym charakterze. Po drugie w już istniejących organizacjach postępują procesy skostnienia i zbiurokratyzowania struktur. Coraz częściej zbytnie dążenie do formalizmu prowadzi do spowolnienia, a wręcz zatrzymania nowych inicjatyw. Myślenie, że tylko legalne organizacje mogą otrzymać subwencje, a bez nich nie mają racji bytu także przyczynia się do tego stanu rzeczy.

Moment przełomu początku lat dziewięćdziesiątych już się nie powtórzy, jak i nie powtórzy się ówczesna euforia związana z powstawaniem komitetów obywatelskich. Może jednak warto czasami odwołać się do dobrych wzorców z przeszłości. Całkowita spontaniczność tamtego ruchu, choć przecież nie pozbawionego legalnych podstaw, przydałaby się również obecnym organizacjom społecznym. Analiza wyniku wyborów samorządowych przynosi jeszcze jeden sygnał od elektoratu. Trzydziestoprocentowa frekwencja w Gdańsku musi świadczyć o narastającej kontestacji obecnego układu władzy w mieście. Zarazem umacnia się przeświadczenie o niemożliwości zmiany owego układu. Potrzebna jest więc, przynajmniej tak jak w Sopocie i Gdyni, mobilizacja osób czujących odpowiedzialność za los Gdańska. Potrzebne jest nowe, choć nie wykluczające dotąd uczestniczących we władzach osób, spojrzenie na nasze miasto. Potrzebna jest świeżość działania.

 

Grzegorz Grzelak

Piotr Grzelak