WESOŁYCH ŚWIĄT

 

Święta Bożego Narodzenia były okazją, żeby pomyśleć o przyjaciołach. Należę do tych, którzy przyjaźń uważają za wyższą formę miłości. Najniższą jest bez wątpienia fascynacja, zwana zakochaniem, na ogół dysząca libido, pożądaniem, przemożnym imperatywem przedłużenia gatunku, nieuchronnie zmierzająca (zwłaszcza u kobiet) do zdominowania partnera i przejęcia go na własność. Nie znaczy to bynajmniej, że jestem przeciwnikiem zakochiwania się. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest to bardzo przyjemne, zwłaszcza na początku i z okazji Świąt życzyłem wszystkim chłopcom i dziewczętom, żeby zakochiwali się na maksa, jak najczęściej. W końcu w życiu chodzi między innymi o to, żeby upływało przyjemnie. A czy może by większa przyjemność od zapalenia papierosa po udanym stosunku płciowym z ukochaną? Jeżeli mi nie wierzycie to zaraz spróbujcie. Innych powodów do zakochiwania się niż ten, który pomimo to zdeterminował całe moje życie - zasadniczo nie widzę. Ci, którzy nie palą, maja oczywiście przechlapane, ale to już ich problem, którym nie zamierzam się tu zajmować.

Inna sprawa z przyjaźnią. Nie pokuszę się o próbę definicji. Wiem tylko, ze mam kilku przyjaciół i że w przeciwieństwie do niższych form emocjonalnych, ograniczonych w czasie i ułomnych, prawdziwa przyjaźń jest wieczna i nie kończy jej nawet śmierć. Sądzę, że przyjaźń odradza się w naszych kolejnych inkarnacjach. Wiem, że z przyjaciółmi, którzy odeszli i którzy nawiedzają mnie w moich snach i wspomnieniach spotkam się w przyszłym życiu, obojętne czy będzie to chrześcijańskie niebo, muzułmański raj czy buddyjska metampsychoza. Ja osobiście czuję się najlepiej w okolicach buddyzmu Zen, ale nie bronię nikomu stukania do nieba bram strzeżonych przez Św. Piotra, czy dawania czadu w raju przypominającym agencję towarzyską wysokiej klasy. Każdy wierzy w to na co ma ochotę i nikomu nic do tego. Tak czy tak, jeżeli macie prawdziwych przyjaciół, spotkacie się z nimi, gdy zmienicie formę istnienia. Jeżeli zapytacie, skąd ta pewność, jesteście ludźmi małej wiary i powinniście poważnie przyłożyć się do pracy nad sobą.

Jasne, że rodzajów miłości jest wiele. Niektóre znam z autopsji. Jestem ojcem, więc kocham moich synów; jestem Polakiem więc kocham Kraj Nad Wisłą; jestem artystą, więc kocham piękno; jestem egocentrykiem, więc kocham samego siebie, co zresztą jest podstawowym warunkiem zdolności do przeżywania wyższych uczuć w ogóle. Ci, którzy nie kochają samych siebie, nie kochają nikogo. Mogą ,co najwyżej, spełniać się w polityce, gdyż władza jest tylko niezdarną protezą miłości. Politykom wydaje się, że kochają swoich poddanych, względnie wyborców i ze oni odwzajemniają to uczucie. Żyją też w złudnym przeświadczeniu, że wiedzą lepiej co jest dobre dla rządzonych przez nich społeczeństw i dlatego wolno im narzucać innym swoją wolę. Wytłumaczył mi to niedawno jeden z moich przyjaciół, ten o którym myślę ostatnio coraz częściej i o którym myślałem również w Wigilijny Wieczór, gdy na niebie zabłysła pierwsza gwiazdka i miliony biesiadników zasiadły do stołów, uginających się pod ciężarem niesmacznych potraw, których normalnie nie wzięliby do ust za żadne pieniądze, ale cóż zrobić, musieli postąpić zgodnie z nakazem tradycji. Dławili się więc karpiem zalatującym błotem i napychali żołądki rozgotowanymi ziarnami pszenicy zmieszanymi z miodem i makiem. Ja osobiście na Wigilię przyrządziłem sobie pyszną solę Dover z przysmażanymi ziemniaczkami pod beszamelem, a do tego chrupiącą sałatę w ostrym czosnkowym sosie. Przedtem był kawior czarny i czerwony z drobno posiekaną cebulką oraz żółtkiem utartym z pieprzem i musztardą. Do tego trójkątne grzanki z żytniego chleba z masłem, które zrobiłem sam w mikserze z wiejskiego mleka nie spełniającego unijnych norm czystości. Na deser podałem suflet i zabaglione, a na koniec deskę najlepszych francuskich serów. Do tego dobre kalifornijskie winko, wódka Bolszoj z przemytu, whisky Chivas Regal oraz kieliszek Armagnacu. W prezencie podarowałem sobie czarnobiałą "Casablancę" w wersji oryginalnej na DVD, a także koncert Nirvana Unplugged z Nowego Jorku i zamiast "Przybieżeli" zaśpiewałem razem z Cobainem Rape Me.

W ten sposób złamałem wszelkie nakazy tradycji z wyjątkiem jednego. Wiedziałem , że jeżeli do mych drzwi zapuka jakiś bezdomny, lub jeszcze lepiej seksowna bezdomna spod znaku Skorpiona, chętnie się z nią tym wszystkim podzielę, a nawet, o ile zechce, podzielę się z nią również samym sobą, żeby zapalić potem Lucky Strike'a bez akcyzy.

W międzyczasie myślałem o moich przyjaciołach. Myśleć o przyjaciołach znaczy modlić się za nich. Myśl o drugim człowieku winna być modlitwą. Przyjaciół się nie wartościuje, wszyscy są dla mnie jednakowo ważni, wszystkich kocham jednakowo i wiem, że oni mnie też kochają. Tylko, że są takie przyjaźnie, które trwają niemal od dzieciństwa i takie świeższej daty. Moim przyjacielem, którego poznałem, gdy miałem zaledwie 12 lat, a więc 46 lat temu jest człowiek, którego dobrze znacie. Nazywa się Jacek Kuroń. Kiedy go poznałem, był moim nauczycielem historii, potem stał się moim Wychowawcą i pozostał nim do dzisiaj. Niedawno nauczył mnie, że władza jest protezą miłości.

W Wigilijny Wieczór myślałem przede wszystkim o nim i wiem, że on także myślał o mnie. Oczywiście między innymi, bo Jacek myśli przecież o wszystkich. Jestem właśnie świeżo po dwukrotnej lekturze jego ostatniej książki zatytułowanej "Działanie", która rozpoczyna się od słów: "Jeżeli nie panujemy nad własnym życiem, ono panuje nad nami". No właśnie.

 

Maciej Zembaty