Jan Kelus

 

Piosenka o drugiej Polsce

 

Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii
Bo żona, bo dziecko, bo raty, bo maluch;
Partyjni, co chyłkiem przyjmują komunię,
Bo bony na cukier, bo bony do raju –
Zbudować dziś mają tę DRUGĄ, choć pierwsza
Dla jednych jest gorsza,
Dla drugich jest lepsza

 

Żeby urosła, żeby urosła w siłę
I żeby żyli i żeby żyli lepiej,
Sięgną do rezerw ludzkiego potu w czynie
Jedni łopatą, a drudzy – w komitecie

 

Ci wszyscy co mówią, że nic się nie zmieni,
Bo z jednej jest Rosja, a z drugiej jest Niemiec,
Bo burdel, bo Żydzi, bo Polak się leni,
A kto się wychyla to zwykły szaleniec;
Zbudować dziś mają tę DRUGĄ, choć pierwsza
Dla jednych jest gorsza,
Dla drugich jest lepsza

 

A gdy urośnie, a gdy urośnie w siłę,
Będziemy żyli, będziemy żyli lepiej
Jedni od drugich, każdy co zechce kupi
Jeden w Pewex-ie, a drugi – gdzieś w GS-ie

 

Mężczyźni o twarzach umęczonych wódką
Z plakatów „ON PIJE, MY ZA TO PŁACIMY”,
Kobiety w codziennym zmęczeniu i smutku –
W kolejnych kolejkach – przywieźli, rzucili;
Zbudować dziś mają tę DRUGĄ, choć pierwsza
Dla jednych jest gorsza,
Dla drugich jest lepsza

 

A gdy urośnie, a gdy urośnie w siłę,
Będziemy żyli, będziemy żyli lepiej
Jedni od drugich, każdy co zechce kupi
Jeden w Pewex-ie, a drugi – gdzieś w GS-ie

 

Staruszki w przytułkach i starcy na studiach
Bo punkty, bo stary, bo lata do renty,
Zarobić do Szwecji, odpocząć od Grecji,
Po pierwszym zawale działacze studenccy
Zbudować dziś mają tę DRUGĄ, choć pierwsza
Dla jednych jest gorsza,
Dla drugich jest lepsza

 

A gdy urośnie, a gdy urośnie w siłę,
Będziemy żyli, będziemy żyli lepiej
Jedni od drugich, każdy co zechce kupi
Jeden w Pewex-ie, a drugi – gdzieś w GS-ie

 

 

 

Krzysztof Dowgiałło

Ballada o Janku z Gdyni

 

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
dzisiaj milicja użyła broni,
dzielnieśmy stali i celnie rzucali
- Janek Wiśniewski padł

 

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
naprzeciw glinom , naprzeciw tankom,
chłopcy stoczniowcy pomścijcie druha
- Janek Wiśniewski padł

 

Huczą petardy, ścielą się gazy,
na robotników sypią się razy
padają dzieci, starcy, kobiety
- Janek Wiśniewski padł

 

Jeden zraniony, drugi zabity
krwi się zachciało słupskim bandytom
to władza strzela do robotników
- Janek Wiśniewski padł

 

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
idźcie do domu, skończona walka
świat się dowiedział nic nie powiedział
- Janek Wiśniewski padł

 

Nie płaczcie matki, to nie na darmo
pod stocznią sztandar z czarną kokardą
za chleb, za wolność i nową Polskę
- Janek Wiśniewski padł

 

 

 

Jan Pietrzak

 

Żeby Polska

 

Z głębi dziejów, z krain mrocznych
Puszcz odwiecznych, pól i stepów
Nasz rodowód, nasz początek
Hen od Piasta, Kraka, Lecha.
Długi łańcuch ludzkich istnień
Połączonych myślą prostą:
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska była Polską.

 

Wtedy, kiedy los nieznany
Rozsypywał nas po kątach,
Kiedy obce wiatry gnały
Obce orły na proporcach,
Przy ogniskach wybuchała
Niezmożona nuta swojska:
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska była Polską.

 

Zrzucał uczeń portret cara,
Ksiądz Ściegenny wznosił modły
Opatrywał wóz Drzymała,
Dumne wiersze pisał Norwid
I kto szablę mógł utrzymać
Ten formował legion, wojsko
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska była Polską.

 

Matki, żony w mrocznych izbach
Wyszywały na sztandarach
Hasło: Honor i Ojczyzna
I ruszała w pole wiara.
I ruszała wiara w pole
Od Chicago do Tobolska
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska była Polską.

 

 

Tekst: R. M. Groński
Muzyka: Jan Pietrzak

 

Muszę przeżyć jeszcze paru skurwysynów

 

Nie chcę z nauką popadać w sprzeczność
Wobec docentów mięknę jak wosk
Lecz mam receptę na długowieczność
Na długie życie wolne od trosk

 

Nie trzeba łykać tony witamin
Ni pić litrami z buraków sok
Nie trzeba jogi ćwiczyć jak bramin
By odwlec chwilę sekcji zwłok

 

Wystarczy rano
Otworzyć oczy
Świat jest wspaniały
Świat jest uroczy
Każdy dzień
Budzi mnie do czynu
Pobudką ulicznego gwaru
Muszę przeżyć jeszcze paru skurwysynów
Muszę przeżyć skurwysynów jeszcze paru

 

To prosty sposób – lepszego nie ma
Bez zbędnych kosztów, medycznych grand
Dożyjesz wieku Matuzalema
Nim śmierć uśmiechnie się z trupia frant

 

Sił ci dodaje święta nienawiść
Rozsądek radzi: ciepło się noś!
Dosyć numery swoje obstawić
Żeby cię czasem nie ubiegł ktoś

 

Budząc się rano
Cel masz wytknięty
Kwitujesz rano
Odcinek renty
Każdy dzień
Budzi cię do czynu
Olśniewającą gamą przeżyć
Muszę przeżyć jeszcze paru skurwysynów
Jeszcze paru skurwysynów muszę przeżyć

 

 

Muzyka: Maciej Pietrzyk
Tekst: Andrzej Waligórski


Sierpień 80

 

W czasach kiedy staniały łzy
Bo nas byle kto na siłę rozczulał
Pełnym blaskiem zalśniło spod rdzy
Wyświechtane słowo „postulat”
I już nie brzmi dla nas jak szyfr
Stary wiersz o współczesnej treści
Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
Obca dłoń ich też nie przekreśli

 

Pozostaną w nas te noce nieprzespane
I te bramy fabryczne wśród kwiatów
Gdy przestała nagle być sloganem
Dyktatura proletariatu
I gdy słuchał w napięciu kto żyw
Niespokojnych niepewnych wieści
Bo w Ojczyźnie są rachunki krzywd
Ale obca dłoń ich nie przekreśli

 

Będą o tym legendy i sagi
Będą słuchać przyszłe pokolenia
Że raz kiedyś narodowe flagi
Wywieszono bez rozporządzenia
Że się zdarzył piękny mądry zryw
Że Polacy rzekli gdy się zeszli
Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
Lecz ich obca dłoń nie przekreśli

 

Wierzę w każdy nowy dzień i rok i miesiąc
Pracowity obfitszy łaskawszy
Wierzę bowiem w Sierpień 80
Co strzeżony pozostanie na zawsze
Jak solidny dokerski nit
Jak ten wiersz co powiada że jeśli
Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
To ich obca dłoń nie przekreśli

 

 

Zbigniew Książek
Muz.: P. Gintrowski

 

Czy poznajesz mnie, moja Polsko...

 

Czy poznajesz mnie, moja Polsko
To ja Twój syn
Z bólem głowy dla Ciebie i wódki
Z przeziębionym sercem i katarem wiary
Nieufny i nieznany
Strofowany i czerwony jak Ty

 

Nocami jesteś mniej blada dniami musisz przecież kwitnąć
Tryskać zdrowiem jak gazety grubymi czcionkami co dzień krzyczą
Ale ja wiem, że Ciebie dręczy kaszel, że kaca masz jak ja
Powiedz czy Ciebie karmią też tak źle jak mnie

Nie wierzę w raj na Zachodzie czy Wschodzie
Ja wierzę w Ciebie
Twoja kieszeń nie obchodzi mnie bardziej niż kieszeń moja
Posądzają nas o suchoty uczuć bo milczymy w sprawie Twojej
Ale tu nie chodzi o kolor słowa tylko o nas i o Ciebie

 

Przyjaźni naszej nie zeszmaci przecież
Marzec czy też Grudzień
Trzymajmy się razem bo chyba wreszcie zrozumiałem Ciebie
Uśmiechasz się pewnie często patrząc na wszystkich nas
I choć zmieniasz garnitury jesteś przecież taka sama

 

 

Tekst: Marcin Wolski
Muzyka: Jerzy Woy

 

Czy dożyjemy

 

Ciągła huśtawka nastrojów i nerwów
Targa nam duszę codziennym koszmarem –
Wróżymy z fusów, z przecieków, manewrów,
Gdzie idzie nowe, a gdzie wraca stare?

 

Kogo z śmietnika weźmie karuzela,
By go na lepszej znów ustawić funkcji,
Jaki epitet nam dziś poprzydziela
Ktoś z właścicieli ojczystej komórki.

 

Czy dożyjemy następnej odnowy
Nowych rozliczeń i nowych nadziei,
Czy wychowamy znowu „święte krowy”
Co będą doić swoich właścicieli?

 

Czy doczekamy następnej odwilży,
Co jak zapewnią już ostatnią będzie,
Gdy potępimy błędy towarzyszy
Na nadzwyczajnym 50-tym Zjeździe?

 

Dzieje ojczyzny tworzą stałą pętle
Co się powtarza jak wykład logiki,
Już w kalendarzach nie starcza miesięcy
Już brak miejsc wolnych pod przyszłe pomniki.

 

A w podręcznikach tylko mętna pustka,
A w supersamach tylko gołe półki,
Nie wiesz czy żyjesz ciągle za Bieruta,
Jaroszewicza, czy też za Gomółki?

 

Czy doczekamy następnej odnowy,
Co znów w nadziejach nam uczyni zamęt,
Gdy o nas idzie jesteśmy gotowi
Na te odnowy kupić abonament.

 

 

Andrzej Garczarek

 

Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał

 

Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał
Wrogów poszukam sobie sam
Dlaczego kurwa mać, bez przerwy
Poucza ktoś, w co wierzyć mam?

 

Niech się gazeta „Neues Deutschland”
Wstrzyma z wstępniakiem o „pomocy”
Bo tu są ludzie, którzy jeszcze
Budzą się z krzykiem w środku nocy...

 

Zaiste, wierny to przyjaciel
Wszak znów pucuje śniedź pomników
Na wieczną chwałę i pamiątkę...
Pruskich kaprali-Fryderyków!

 

Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał
Wrogów poszukam sobie sam
Dlaczego kurwa mać, bez przerwy
Poucza ktoś, w co wierzyć mam?

 

Jakim wy prawem o wolności
Głosicie „bracia: w „Rudym Prawie”...?
Wszak to od waszej
Nie ostatni
Zwariował pisarz Ota Pavel!

 

Przebacz mi smutna Bratysławo,
Hradcu Kralowy, Zlata Praho...
Za śmierć jaskółki tamtej wiosny
I polskie tanki nad Wełtawą.

 

Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał
Wrogów poszukam sobie sam
Dlaczego kurwa mać, bez przerwy
Poucza ktoś, w co wierzyć mam?

 

 

Słowa: Krzysztof Kasprzyk

Muzyka: Maciej Pietrzyk

 

Piosenka dla córki

 

Nie mam teraz czasu dla ciebie
Nie widziała cię długo matka
Jeszcze trochę poczekaj, dorośnij
Opowiemy ci o tych wypadkach

 

O tych dniach pełnych nadziei
Pełnych rozmów i sporów gorących
O tych nocach kiepsko przespanych
Naszych sercach mocno bijących

 

O tych ludziach, którzy poczuli
Że są teraz właśnie u siebie
Solidarnie walczą o dzisiaj
I o jutro także dla ciebie

 

Więc się nie smuć i czekaj cierpliwie
Aż powrócisz w nasze objęcia
W naszym domu, który nie istniał
Bo w nim brak było prawdziwego szczęścia

 

 

Tekst: Jacek Kleyf, Maciej Zembaty oraz
Małgorzata Braunek
Maciej Karpiński
Andrzej Krajewski
Andrzej Kotkowski
Halina Golanko
Wocjciech Pszoniak
Joanna Waniek
Henryk Waniek
Michał Tarkowski
Muzyka: Jacek Kleyf, Maciej Zembaty

 

Izba chorych względnie sejm kalek

 

Wszyscy do urn wyborczych!
Obywatelu, sprawdź czy twoje nazwisko figuruje na liście!
Proszę do kabiny... nie wchodzić!

 

Za górami za lasami
Był raz sobie kraik mały
Od lat wielu doświadczany
Najcięższymi nieszczęściami
Kraj ten wielkie miał ambicje
Licznych też obywateli
Ale wszyscy mniej lub więcej
Byli w nim upośledzeni
Najróżniejsze typy kalectw
Były reprezentowane
Więc nikt prężnie rządzić krajem
Nie mógł – no bo nie był w stanie
Niemniej jednak powołano
Tam ustawodawcze ciało
Ciało to funkcjonowało
Poświęcało się obradom
Ława niemych – ława głuchych
Było w Sejmie ław niemało
A marszałkiem został ślepy
Z marszałkowską biała lagą

 

Stuk – puk
Laską w podłogę
Sejm – Sejm
Wyraża zgodę
Stuk – puk
Laską o blat
Sejm mówi tak!

 

Już marszałek Sejmu kalek
Uroczyście wbiegł na salę
Strasznie brzęczą mu medale
Lecz się nie przejmuje wcale
Maca laską krok po kroku
Dziewięć dioptrii w każdym oku
Okulary ma schowane
Dzisiaj będzie głosowanie

 

Stuk – puk itd.

 

Idzie jeden z krótszą nogą
Delegują go kulawi
On interpelację nową
Dzisiaj Izbie ma przedstawić
- W interesie społeczeństwa
I dla dobra ogólnego
Po wnikliwych konsultacjach
Aż do szczebla związkowego
Z dniem drugiego Października
Ma dekretem prawomocnym
W trotuarach i chodnikach
Być co druga płyta
Wyższa

 

Stuk – puk itd.

 

Ślepi patrzą zadziwieni
Zaraz będą mówić niemi
W ławach wrzawa wnet wybucha
Głusi nadstawiają ucha
Na mównicę wszedł niemowa
Z wnioskiem o wolności słowa
Dyskusja się zawiązała
Kiedy zabrał głos jakała

 

Stuk – puk itd.

 

Przedstawiciel paranoi
dziś nikogo się nie boi
Chyba będzie nawet szczery
Gdyż przy sobie ma papiery
A na głowie ma czapeczkę
W prawej ręce niesie teczkę
A na szyi ma wstążeczkę
A na ustach ma piosneczkę
O jedności w społeczeństwie
Żeby jedność była wszędzie
Gdyż w jedności leży siła
Byle tylko jedna była
Jedna świnia – jedna krowa
Jedna dupa – jedna głowa
Teraz będzie głosowanie
Siadł i puścił z pyska pianę

 

Stuk – puk itd.

 

Przerażony psychopatą
Na mównicę wbiegł marszałek
Ślepy potknął się o paproć
Oczywiście bez patrzałek
- Kto jest za? Kto się wstrzymuje?
Maca Brajlem po pulpicie
Tydzień obrad – obrad tydzień
- Kto przeciw? Nie widzę!

 

Stuk – puk
Laską w podłogę
Sejm – Sejm
Wyraża zgodę
Stuk – puk
Laską o blat
Sejm mówi tak!

 

 

Tekst i muzyka: Stanisław Klawe

 

Kiedym stawił się ...

 

Kiedym stawił się u nieba wrót
Przed najwyższym się skłonić kazali
Pan zapytał mnie, jakiem swe życie wiódł
Jak to jak? Budowałem socjalizm!

 

Na to rzecze Pan: Cóż w tym za treść?
Synu, jaśniej mów, drżę z ciekawości,
Budowałem świat, jak głosi wieść
Dobrobytu i sprawiedliwości.

 

Miałeś szczęście więc, powiada Pan,
Że poznałeś go, żeś życia w nim zaznał,
Bo ja taki świat bez nędzy i zła
Próbowałem sam stworzyć od dawna.

 

Nie udało się, ty zatem mów
Cóżeś zdziałał w tym świecie jak w niebie,
Ileż dobrych to uczynków i słów
Wzbogaciło twe życie i ciebie?

 

Lepszy znałeś świat, na pewno więc
Żyłeś mądrzej wśród szczęśliwych ludzi,
Życiem godnym, prawdziwym, co sens
Bierze wiary, że nie próżno się trudzić.

 

To wspaniałe tak przeżyć swe dni.
Pan raduje się, więc przerywam od razu:
Budowaliśmy socjalizm i ...
Na nic więcej nie było już czasu

 

 

Słowa: Stanisław Barańczak
Muzyka: Małgorzata Bratek

 

Modlitwa

 

Ojcze nasz
Któryś jest w niebie
Który nawet nie patrzysz na tę ziemię
I tylko rykiem syren co rano dajesz znać
Że świat ciągle jeszcze trwa...
Ojcze nasz, spójrz...

 

Ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy
W tandetnym płaszczu z trzema pierścionkami na palcu
Z resztką snu w zapuchniętych oczach
Musi usłyszeć Twój głos
Musi usłyszeć, by się zbudzić w ten jeszcze jeden świt.

 

Ojcze nasz
Któryś jest w niebie
Któryś nawet nie patrzysz na tę ziemię
I tylko codzienną gazetą obwieszczasz, że świat ciągle jeszcze trwa
Ojcze nasz, spójrz..........

 

Ten mężczyzna pochylony nad stołem
Nad setką wódki i płachtą popołudniówki
Tłustą od sosu i druku
Musi wiedzieć żeś jest
Musi wiedzieć aby przeżyć ten jeszcze jeden dzień

 

Ojcze nasz którego nie ma
Którego imienia nikt nawet nie wzywa
Prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej litery
Bo świat radzi sobie bez Ciebie
Ojcze nasz
Ojcze nasz...bądź

 

Ten człowiek kładący się spać
Przeliczający wszystkie swoje kłamstwa i zdrady
Wszystkie hańby konieczne i usprawiedliwione
Musi wierzyć żeś jest
Musi wierzyć aby przeżyć ten jeszcze jeden dzień.

 

 

Jacek Kaczmarski

 

Dylemat

 

W tej kamienicy, w której syn mój razem ze mną żył
(Drewniane schody, brudne ściany, kibla biel)
Mieszkał przez ścianę jakiś podejrzany dla mnie typ
Byliśmy wtedy – ja w AK a on w AL.

 

Na schodach mijaliśmy się nie mówiąc sobie nic
Dopóki noża w brzuch nie wsadzi – wszystko gra!
Choć wszystko nas dzieliło – łączył nienawistny fryc
Chociaż byliśmy – on w AL a ja w AK.

 

Spotkania nielegalne tam za ścianą raz po raz
A ja nic na to nie poradzę choć w łeb strzel
Bo przecież Niemca nie nasadzę na sowiecki zjazd
Nawet jeśli ja w AK a on w AL.

 

W tym czasie syn mój, Józef, zniknął z domu dzień za dniem
A od nieszczęścia strzegłem go – Bóg prawdę zna!
Wtem widzę – stoi w drzwiach sąsiada z rozpalonym łbem
Choć tamten przecież był w AL a ja w AK.

 

Zerżnąłem pasem syna – miał już siedemnaście lat
Najlepszy wiek żeby najgłupszy wybrać cel
Chcesz walczyć – mówię – walcz ale jak Polak nie jak kat!
Przecież twój ojciec jest w AK a on w AL!

 

Syn spojrzał na mnie i powiada że chce Niemca bić
I że Polaka powołanie dobrze zna
A w czyim spełni je imieniu – nie robi mu nic
Że był w AL więc może być też i w AK.

 

A czas się zbliżał, każdy czuł, że już nam ziemia drży
I okna mieszkań cięły świat jak okna cel
Tamci do lasu szli a na ulice szliśmy my
Bo my w AK byliśmy oni zaś w AL.

 

No i się stało co się stało co się miało stać
I syn mój zginął, ciężko rzec, pierwszego dnia
Nie trzeba było mi chłopaka do powstania brać
No, ale nie był już w AL już był w AK.

 

Przeżyli ci co wtedy szli do lasu – tak chciał Bóg
Nieszczęścia jakoś sprawiedliwiej, Boże dziel!
Byleby żył! Niechby i na mnie się wypastwił wróg!
Byleby żył! Niechby i sobie był w AL!

 

 

Leszek Wójtowicz

 

Jeźdźcy apokalipsy

 

Auta pokryte stalową blachą
Tego to nawet kula nie przebije
Jedyny sposób na taką maszynę
To chyba tylko butelki z benzyną

 

Na dachu działko wodne obrotowe
Wciąż do użytku gotowe jest
Nie służy jednak do walki z ogniem
Lecz do gaszenia pożarów serc

 

Milczący ludzie w dziwnym skupieniu
Czekają jeszcze na odpowiedź
A megafony rdzawym charkotem
Krzyczą by się natychmiast rozejść

 

Wycie silników jak śpiew walkirii
Poraża wszystkie bez reszty zmysły
Więc na kolana gniewny narodzie
To pędzą jeźdźcy apokalipsy

 

Posępne twarze a na nich rozkaz
Odbity znakiem bezmyślności
Żadne wahanie i żadna troska
Wśród nich na pewno nie zagości

 

Każdy powiedział swoje tak jest
I od tej pory więcej nie rozumie
Zza grubych tafli pancernych szyb
Trudno jest braci rozpoznać w tłumie

 

No! Który pierwszy zacznie strzelać!

 

 

Jerzy Klesyk

 

Ja jestem pro

 

Ja jestem pro, ja jestem pro, ja jestem pro,
Ja jestem pro, ja jestem prowokator.
Pionek historii, władzy trzon,
Co wyzwala w was emocje, burzy krew!
Ja – funkcjonariusz nieuchwytny,
Po cichu zjawiam się i niknę,
I z igły widły robię, wodę z mózgu, ludu gniew!

To ja wyciągam ludzi na zwierzenia
I ja najgłośniej zawsze w tłumie krzyczę,
A jeśli mi uwierzą i jeśli zawtórują,
To wielu z nich dość długo będzie milczeć!

 

To ja wychodzę, gdy nadchodzi ciemność,
Człowieka szukam, który dzisiaj zgrzeszy.
Być może go obrażę, być może się uniesie.
Bo chcę uderzyć, lecz niech on uderzy pierwszy!

 

To ja szeptałem w uszy przed wiekami,
Że czarownice stanowią wielkie zło.
I wystarczyło potem, by jeden wskazał palcem,
A już krzyczeli wszyscy: Na stos! Na stos! Na stos!

 

Na moim grzbiecie Neron stawiał stopę,
Ja byłem gotów na każde zawołanie.
To ja nad brzegiem Tybru nocami mordowałem
I ja krzyczałem potem: To wszystko chrześcijanie!

 

To ja pracuję i drukuję nocą,
Ulotki się rozklei jutro w mig.
I wszyscy się dowiedzą, i wszyscy się dowiedzą,
Że taki jeden w kraju to Żyd, Żyd, Żyd!

 

To ja pisuję artykuły w prasie,
Od których już z daleka czujesz swąd.
To wszystko jest celowe i dobrze przemyślane,
Niech ktoś zareaguje i popełni błąd!